Witam na moim blogu

Wyróżnione

Moja przygodę z górami rozpocząłem 20 lat temu. Zaczynałem od Beskidów i Pienin, a później przyszedł czas na Tatry. Najpierw eksplorowałem je latem, a po zdobyciu pewnego doświadczenia postanowiłem spróbować zimowych wędrówek. Zimowe zdobywanie gór zaczynałem od Pienin, następnie odwiedziłem Gorce, Karkonosze, a na końcu Tatry. W międzyczasie miałem rozpoczęty projekt związany z Koroną Gór polskich, który się wiąże ze zdobyciem w 28 pasmach gór najwyższych, ich szczytów do dokończenia jej zostało mi wtedy 14 szczytów, więc ruszyłem na ich podbój w któreś wakacje ukończyłem jej w 7 dni po kilku latach prawie się uzbierała z nich już Korona Gór polskich w wersji zimowej, ponieważ większość z nich miałem już zdobytych zimą. Mój apetyt na góry wciąż rósł, więc któregoś sezonu postanowiłem zrealizować odpowiednie kursy wspinaczkowe. W międzyczasie zdobyłem kilka szczytów w górach naszych sąsiadów, w tym w Niżnych Tatrach i Małej Fatrze ,Tatry Wysokie , Tatry Zachodnie. W międzyczasie rozpocząłem projekt związany z Koroną Tatr Zachodnich, który polega na zdobyciu najwyższych 15 szczytów niektóre z nich zdobyłem zimą, obecnie do zakończenia korony zostało mi do zdobycia 5 szczytów. W wakacje zamierzam w końcu zobaczyć Alpy, zaczynając od Bawarskich, i zdobyć ich najwyższy szczyt – Zugspitze (2962 m n.p.m). Od dłuższego czasu marzy mi się także wejście na Kazbek, pięciotysięcznik w Gruzji, w Kaukazie.
Aktualny obrazek nie ma ustawionego tekstu alternatywnego. Nazwa pliku brzmi: Projekt-bez-nazwy-scaled.jpg

Alpy

Zugspitze 2962 m . n .p. m. wejście czerwiec 2026.

W tym roku zdecydowaliśmy się na wakacyjny wyjazd do Bawarii i Alp.

Rok wcześniej rozpoczęliśmy planowanie, kupując mapy i wybierając camping, a także ustalając trasę samochodową z Łodzi do miejscowości Grainau, co oznaczało 1000 km do pokonania w jedną stronę. Tuż przed wyjazdem zaskoczyła nas nagła zmiana pogody – deszcz, spadek temperatury do 15°C w miejscu, gdzie mieliśmy camping, a na szczycie dachu Niemiec temperatura spadła nawet do -2°C. Mimo to nie zniechęciło nas to do podróży, ponieważ mieliśmy już pewne doświadczenie w zimowych wędrówkach po Tatrach, więc poruszanie się w terenie pokrytym śniegiem nie było dla nas problemem. Tylko wtedy zapakowaliśmy do auta również sprzęt zimowy, jak raki czekany oraz kurtki z primaloftem rękawiczki zimowe, czapki itd. W końcu nadszedł czas wyjazdu, który bardzo był przeżywany przez nas oraz z drugie strony, bardzo oczekiwany, jak wyglądają Alpy na żywo, bo to było nasze pierwsze spotkanie z nimi. Do tej pory najwyższymi górami, które mieliśmy okazję zdobywać, były Tatry, zarówno latem, jak i zimą. Po przyjeździe do campingu w Grainau, po załatwieniu formalności, rozbiliśmy namiot, z którego mieliśmy widok na Alpy, w tym na Alpspitze. Od pierwszego wejrzenia zakochałem się w tych górach. Teraz już wiem, że to na pewno nie był nasz ostatni wyjazd w te rejony. Obserwując prognozy pogody na trzech portalach oraz kamery online umieszczone na szczycie, postanowiliśmy, że na wejście na Zugspitze wybierzemy poniedziałek. Uznaliśmy, że w ten dzień na szczyt zdecyduje się mniej ludzi niż w weekendy, co okazało się trafną decyzją. W ramach aklimatyzacji przed zdobywaniem najwyższego szczytu Niemiec, eksplorowaliśmy okoliczne wzniesienia po których zrobiliśmy 130km, które przypominały nam nasze ukochane Tatry. W Alpach jest stosunkowo mało szczytów, na które można wejść w mniej niż 10 godzin w obie strony, chyba że jest się biegaczem – my niestety do tej grupy nie należymy. Wieczorem, dzień przed wejściem na Zugspitze, przygotowałem sprzęt i spakowałem plecaki. Na kamerach online ze szczytu widniały jeszcze na nim płaty śniegu, więc asekuracyjnie wzięliśmy ze sobą Raki i czekany, bo bez sensu jest dojście do trudnego momentu ze śniegiem podczas wejścia na szczyt i nie mieć ze sobą sprzętu i się wracać i jeszcze raz na niego wchodzić. W dniu wejścia wstaliśmy wcześnie rano, zjedliśmy śniadanie, ale niestety nie miałem czasu na wypicie kawy, co bardzo mnie frustrowało. Wybierając trasę, zdecydowaliśmy się na najłatwiejszy wariant, biorąc pod uwagę panujące warunki. W końcowej fazie wejścia trzeba przejść przez piargi kamieni, po których nie przepadam chodzić sypkie kamienie i grząskie zbocze, dlatego na samym początku tego zbocza zakładamy kaski wspinaczkowe, by osoby wchodzące przed nami nie strąciły przypadkiem na nas jakichś głazów lub kamieni co po pewnym czasie też bywa naszą trafną decyzją, bo osoba wchodząca przed nami strąca ze zbocza głaz wielkości piłki koszykowej. Na dół na szczęście przelatujący głaz przelatuje daleko od nas, dochodzimy do Via ferraty ze względów bezpieczeństwa zakładamy uprzęże i lonże, pomimo że to łatwa via ferrata, bo o trudności AB to , nie mając odpowiedniego sprzętu. Niestety, raki i czekan nie były używane z powodu małej ilości śniegu, ale mieliśmy je przypięte do plecaków i gotowe do użycia. Podejście do via ferraty, czyli moment, w którym pojawiła się skalna ściana, prowadziło wąskimi ścieżkami i czasami przez strome podejścia, ale radziliśmy sobie. W miarę zdobywania wysokości widoki stawały się coraz bardziej malownicze. Gdy dotarliśmy do grani i szlaku prowadzącego na szczyt od strony austriackiej, widoki na Austriackie Alpy i jezioro Eibsee były zapierające dech w piersiach. Po kilku minutach dotarliśmy do metalowych schodów prowadzących na platformę szczytową, gdzie znajdowała się stacja kolejki linowej. Szukaliśmy bocznego wejścia na szczyt, gdzie stał masywny, pozłacany krzyż. Znaleźliśmy klatkę schodową prowadzącą na szczyt, ale musieliśmy jeszcze chwilę poczekać w kolejce osób czekających na wejście na dach Niemiec. Droga na wierzchołek była zabezpieczona ferratą, a w połowie drogi znajdowała się drabinka nad stromą przepaścią, przypominająca te na Orlej Perci. Na grani szczytowej było bardzo wąsko, a ludzie schodzący i wchodzący mijali się ze sobą. W końcu, po długim wejściu, o godzinie 13.00 zameldowaliśmy się na dachu Niemiec – Zugspitze. Z powrotem zjechaliśmy kolejką linową w pobliżu jeziora Eibsee. Końcowe wejście na szczyt było dla mnie niezwykle ekscytujące i wysokogórskie. Po powrocie do Łodzi, po tygodniu, zacząłem już tęsknić za górami i planować kolejny wyjazd.

Jak należy się przygotować by móc wejść na Zugspitze:

-weź ze sobą kask wspinaczkowy , uprząż wspinaczkową , lonże do via ferraty sam zdecydujesz jak dojdziesz do trudnego terenu czy użyjesz tego sprzętu ale warto go mieć ze sobą .

-Obserwuj pogodę na portalach i kamerach online znajdujących się na szczycie.

-kup wcześniej bilet na kolejkę linową która ostatni zjazd ma o godzinie 17 pilnuj by na niego dotrzeć byś nie musiał później schodzić ze szczytu o zmroku.

-Jak pogoda się pogorszy bądź przygotowany na warunki zimowe i zabierz ze sobą sprzęt zimowy czyli np raki i czekan.

– Wejście na szczyt nawet najłatwiejszą trasą jest długotrwałe więc przygotuj się na nią.

– Jeśli nie bywałeś nigdy na takich wysokościach i nie przygotowałeś się do nich to możesz już o wysokości 2600 m n.p.m. odczuwać chorobę wysokościową.

-Zabierz ze sobą ciepłe ciuchy bo gdy my wchodziliśmy na szczyt temp w Grainau była +32c a na szczycie było +10c tylko.

-Zapakuj do plecaka podstawowe abc górskie które powinno się w takim plecaku znajdować(termos z ciepła herbatą,czołówka,czapka,rękawiczki,mapa papierowa,kompas,Gps jeśli posiadasz,żelki energetyczne,czekolada,woda do picia,apteczka)

Dobre buty ja założyłem już buty górskie za kostę pod raki półautomaty ale to jest każdego indywidualna sprawa jakie buty są wygodne czy niskie czy wysokie tylko żeby był górskie.

-okulary przeciwsłoneczne UV400 ponieważ na tych wysokościach (Rzadsze powietrze słabiej filtruje światło, a odbicia od śniegu czy skał potęgują ilość wpadających promieni)

Karkonosze

Wycieczka do Biedronki w Karpaczu ze schroniska Strzecha Akademicka

Od kilku dni przebywaliśmy w schronisku Akademicka Strzecha w Karkonoszach jest 5 lutego 2013 roku jest zima 4 stopień lawinowy, dlatego zrezygnowaliśmy z zaplanowanego wcześniej wyjazdu w Tatry i dwa tygodnie przed tym wyjazdem zdecydowaliśmy zmienić plany i pojechać autokarem osiem godzin jazdy z Łodzi w Karkonosze. Wstaliśmy o godzinie 7:00, spakowaliśmy plecaki i około 8:00 zeszliśmy do stołówki, aby zjeść śniadanie. Naszym głównym celem na dziś było dotarcie ze Strzechy Akademickiej do Karpacza, aby uzupełnić zapasy, które po kilku dniach w schronisku się wyczerpały. Po zjedzeniu śniadania wyszliśmy na zewnątrz, gdzie przywitał nas słoneczny dzień. Oprócz zakupów planowaliśmy również zwiedzenie kilku muzeów oraz jednego z najbardziej znanych zabytków w okolicy – kościoła Wang. Podziwiając widoki przy tak ładnej pogodzie robimy sobie sesje foto schodząc niebieskim szlakiem do schroniska znajdującego się, poniżej które nazywa się Samotnia, gdzie zawsze wieczorami, zakładając czołówki szliśmy do niego na grzane wino, gdzie smakowało tam ono wspaniałe oraz super klimat górski jest tego schroniska ze względu na to, że odbywa się w nim taka impreza jak „Ślad zdobywców”, gdzie wtedy przyjeżdżają do niego znane osobistości ze świata góry i znani zdobywcy himalajów oraz Alp, gdzie na stołówce wisi mnóstwo zdjęć, takich jak Piotr Pustelnik, Wanda Rutkiewicz itd. całe schronisko jest zbudowane z drewna z oryginalną wieżyczką na dachu, która przypomina z wyglądu te, które się znajdują na kościołach. W drodze do Samotni mogliśmy podziwiać Kocioł Małego Stawu z zamarzniętym stawem. Na szlaku o tak wczesnej porze niespodziewanie spotykamy wielu turystów, którzy chcą dzisiaj, przypuszczając zdobyć najwyższy szczyt Karkonoszy, jakim jest Śnieżka, my mijamy schronisko i schodzimy pod drodze spotykamy pana z Samotni, który ręczną szypą odgarniał szlak po wczorajszych opadach śniegu wtedy myślimy sobie, że jak ten Pan ma ciężką pracę, ale zastanawialiśmy się, po co odśnieżać drogę.
i to ręcznie. Dochodzimy na Polanę, która latem zapewne jest jakimiś mokradłami, gdzie rozchodzą się dwa szlaki koloru żółtego i zielonego z niej widniej cudowny widok na naszą królową Karkonoszy Śnieżkę zatrzymujemy się i robimy kilkanaście zdjęć naszej królowej :). Po około 40 minutach dotarliśmy do Świątyni Wang, zwiedzanie zajęło nam około godziny. Przy drodze do naszego słynnego sklepu Biedronki w Karpaczu Muzeum Karkonoszy, Muzeum Tajemnic Karkonoskich i zaraz prawie za Urzędem Miejskim, nieopodal toru saneczkowego letniego, a zimowego stoku narciarskiego, który ciągnie się aż przez wiadukt, przejście i przejazd dla samochodów znajduje się pod nim znajdujemy się w końcu przy upragniony supermarkecie robimy szybko zakupy ładujemy je w plecaki. Wracamy tą samom trasą, którą przyszliśmy obok Świątyni Wang jesteśmy około godziny 16 zaczyna się ściemniać i mocno sypać śniegiem, wyjmujemy z plecaków nasze czołówki i podążamy dalej szlakiem do naszego schroniska nagle zrobił się silny wiatr zaczęło coraz mocnej sypać śniegiem widoczność zrobiła się prawie do zera zdecydowaliśmy się założyć gogle narciarskie i wcale nie było widać szlaku teraz dopiero zrozumieliśmy, dlaczego Pan rano odśnieżał ręcznie drogę, bo bez tego to ogóle byśmy nie widzieli, gdzie znajduje się szlak i przy takiej śnieżycy byśmy go na pewno zgubili nagle ku naszemu niedowierzaniu usłyszeliśmy grzmot burzy i błyski jak to się stało to nie możliwe, że zimą może być burza. Wyczerpani śnieżycą i zmarznięci po pewnych przemyśleniach chcieliśmy już wzywać GOPR albo wykopać jamę w śniegu, bo w plecakach posiadaliśmy łopaty, aż tu nagle wśród śniegu i zasp widzimy małe światełko po przyspieszeniu kroku i po przybliżeniu się do światełka wyłania się ku moim oczom struktura budowli, która przypomina schronisko Samotnie, gdy dochodzimy do budynku schroniska na ganku stoi Pan z papierosem, który wcześniej przez dłuższy czas nam się przyglądał jak dochodziliśmy do schroniska ze zdziwieniem mówi do nas tak z daleka jak państwa obserwowałem to myślałem, że to GOPR wraca z jakiejś akcji, bo kto inny odważyłby się wyjścia w nocy i to w burzę śnieżną. Po krótkiej rozmowie z Panem weszliśmy do środka, żeby się rozgrzać i przeczekać burzę śnieżną napiliśmy się gorącej czekolady zjedliśmy smaczną szarlotkę oraz zamówiliśmy grzane wino po około godziny po wyjściu na zewnątrz niebo zrobiło się takie przejrzyste, że było widać każdą gwiazdę na niebie zaczęliśmy wracać do Akademickiej Strzechy ciężko było znaleźć szlak pozawiewany był i napadało dużo śniegu musieliśmy przecierać go. Moja narzeczona postanowiła jeszcze zrobić orzełka przed schroniskiem, a potem weszliśmy do środka. To doświadczenie pokazało nam, że niezależnie od tego, czy to wysokie, czy niskie góry, każda z nich może być niebezpieczna, a my musimy być przygotowani na wszystko, nawet na burzę z piorunami w środku zimy.

Pieniny

Wysoka(Słowacka nazwa Vysoke Skalky 1050 m. n. p. m. ) -Pieniny Zimą

Z naszej bazy wypadowej w Krościenku wyruszyliśmy wcześnie rano z przystanku, skąd busem udaliśmy się w kierunku Szczawnicy. Dochodzimy do miejscowości Jaworki, skąd na miejscowym przystanku czekamy na busa do Szczawnicy. Bus zatrzymuje się na dworcu w.Szczawnicy, z którego prowadzi uliczka, którą podążamy prosto do wyciągu narciarskiego na Palenicę.Z uwagi., że byliśmy tam o godzinie siódmej rano.Wyciąg otwierany jest o ósmej, postanowiliśmy wejść na Palenicę pieszo, aby nie marnować czasu. Należy przejść przez mostek ,który prowadzi na trasę narciarską , potem szlak biegnie serpentyną.Pomiędzy drzewami, z którego widać wyciąg narciarski i czasami wchodzi na.Trasę narciarską „Zimą z uwagi, że szlak biegnie stromym zboczem, jest na nim bardzo ślisko, dlatego polecam zabranie ze sobą kijków trekkingowych.Po około 30 minutach dotarliśmy obok górnej stacji wyciągu, gdzie podziwialiśmy piękne widoki na ośnieżone Tatry. Następnie skierowaliśmy się szlakiem żółtym, a potem od Szafranówki niebieskim w kierunku Wysokiej . Na razie nie ma zbyt dużo śniegu, więc idzie nam się bardzo dobrze . Gdy dochodzimy do Witkula, znajdujemy się na otwartym terenie, gdzie zaczyna się robić sporo nawianego przez wiatr śniegu, co utrudnia dalszą wędrówkę , zaczyna się torowanie. Pogoda zaczyna się zmieniać, znów pojawia się mgła, tak często spotykana w górach, i nie widać nawet Jarmuty, na której szczycie znajduje się nadajnik.Koło Durbaszówki schodzimy ze szlaku, na którym znaki na drzewach są mało widoczne, co opóźnia naszą dalszą drogę, ponieważ tracimy pół godziny, by znów móc wrócić na szlak Znajdując stare znaki graniczne” które pomagają nam w jego znalezieniu. W dniu dzisiejszym na szlaku nie spotkaliśmy ani jednej osoby, która by nim podążała. Gdy dochodzimy do Wysokiej, zaczyna się strome podejście. W warunkach zimowych polecam mini raczki lub kijki trekkingowe, których wtedy nie posiadaliśmy, co było naszym błędem. Czas wejścia i zejścia się wydłużył, ponieważ trzeba było uważać na każdy krok, aby się nie poślizgnąć na stromym zboczu. Będąc na szczycie, nie mieliśmy zbyt ciekawych widoków, ale na chwilę odsłoniło się z mgły Pasmo.Radziejowej. Była już godzina 15, więc postanowiliśmy zacząć schodzić.Wybraliśmy szlak zielony, który prowadzi przez wąwóz Homole oraz obok ruin bacówki.Należy przejść przez mostek, nad którym prowadzi trasa narciarska, a następnie szlak biegnie serpentyną pomiędzy drzewami, z którego widać stary wyciąg narciarski. Szlak prowadzi przez bazę namiotową i przepiękny Wąwóz Homole, w którym znajdują się wspaniałe skałki. W wąwozie spotkaliśmy masę wycieczek zwiedzających w tym dniu rezerwat. Droga przez wąwóz jest bardzo śliska, ponieważ prowadzi przez płynący dnem wąwozu potokiem, pomimo że szlak jest ubezpieczony metalowymi pomostami oraz barierkami. Dochodzimy do miejscowości Jaworki. Powoli zaczyna się ściemniać, co kończy naszą dzisiejszą przygodę z Wysoką.

Aktualny obrazek nie ma ustawionego tekstu alternatywnego. Nazwa pliku brzmi: IMG_0678-scaled.jpg

Czas przejścia około 4 godzin

noclegi :

  1. Baza namiotowa pod Wysoką (726 m. n. p. m. )
  2. Schronisko PTTK „Orlica „ www.orlica.com tel . 18 262 22 45
  3. Schronisko pod Durbaszką www.durbaszka.pl tel. 18 262 25 47

ceny wahają się od 20 zł od osoby

Beskidy

Mogielica 1170 m. n. p. m. – Beskid Wyspowy

Wyruszyliśmy z przełęczy wczesnym porankiem, nadrabiając drogę dzięki naszemu bliskiemu przyjacielowi, który podwiózł nas samochodem na przełęcz (E. Rydz-śmigłego 695 m. n.p. m). Dzień był piękny i słoneczny, więc ruszyliśmy zielonym szlakiem w kierunku Mogielicy. Dotarcie na szczyt zajęło nam około dwóch godzin. Mijaliśmy malownicze łąki, na których rosły dziewięćsiły – rośliny typowe dla górskiego krajobrazu. Na szczycie byliśmy około południa, w czasach, gdy jeszcze nie było wieży widokowej. Kierując się wąską ścieżką, dotarliśmy do punktu widokowego, gdzie znajdowała się ławeczka, a nieopodal niej krzyż papieski. Postanowiliśmy na chwilę spocząć, aby podziwiać widoki i zjeść przygotowane wcześniej kanapki. Nagle otrzymaliśmy SMS od naszych znajomych z informacją o nadciągającej nawałnicy znad Krakowa. Nie czekając ani chwili, postanowiliśmy zejść szybszym niebieskim szlakiem do Jurkowa. Zaczęło padać, a deszcz szybko przerodził się w ulewę. Niebieski szlak prowadzący w stronę Jurkowa miał stromy odcinek, który w czasie deszczu stał się niebezpieczny, zamieniając się w rwiący potoczek, co mogło prowadzić do poślizgnięć. Po około godzinie dotarliśmy do Jurkowa, cali mokrzy i zziębnięci. Nigdy wcześniej nie byliśmy tak przemoczeni – w butach mieliśmy pełno wody. Wtedy zrozumiałem, co to znaczy prawdziwe góry, i od tego momentu je pokochałem.

http://www.odkryjbeskidwyspowy.pl/informator/info/at/127/title/Mogielica-%281170-m%29

Noclegi :

  1. Zajazd Mogielica Jurków 169
  2. Gospodarstwo Agroturystyczne Jarosz Jurków 160
  3. Gospodarstwo Agroturystyczne Janas Chyszówki 152

Gorce

Gorce

Lubań (1225 m n.p.m) rok 2011

Znowu zatęskniliśmy za górami, więc postanowiliśmy wyruszyć z Łodzi autobusem na ośmiogodzinną podróż do znajomych w Nowym Sączu na Majówkę 2011 roku. Dzień wcześniej nie udało nam się zdobyć Przechyby (1150 m n.) w Beskidzie Sądeckim z powodu burzy. Na 1 maja zaplanowaliśmy nową trasę – Lubań (1211 m n.) w Gorcach. Wstaliśmy skoro świt i ruszyliśmy na dworzec autobusowy w Nowym Sączu, skąd o godzinie 6:20 mieliśmy bus do Krościenka nad Dunajcem, z którego chcieliśmy rozpocząć naszą wędrówkę czerwonym szlakiem na Lubań. Szlak zaczyna się asfaltową drogą, która skręca w prawo tuż za kościołem w miasteczku. Jest dobrze oznakowany, ale pogoda nas nie rozpieszcza – jest mglisto i chłodno. Czasami mgła się przejaśnia, co pozwala nam podziwiać widoki na Krościenko i pobliskie Pieniny. Po pewnym czasie asfaltowa droga kończy się, a my wkraczamy na leśną ścieżkę, która prowadzi raz przez las, raz przez polany. Po półtorej godzinie marszu docieramy do szczytu Marszałek. Wtedy robi się cieplej, mgła znika, a my możemy podziwiać widoki na pasmo Radziejowej oraz płynący poniżej Dunajec. Postanawiamy zatrzymać się na chwilę, aby zjeść drugie śniadanie. Do szczytu Lubania pozostało nam jeszcze około 1,5 godziny drogi. Szlak od Starej Polany prowadzi teraz tylko przez las, mijamy jedną polanę przed Jastrzębską, gdzie zaczyna się strome podejście. Gdy docieramy na szczyt Lubania, znów robi się mglisto. Po drodze mijamy bazę namiotową, przy której znajduje się krzyż upamiętniający wędrówki Jana Pawła II, który, podobnie jak my, kochał góry. Po krótkiej chwili zaczyna najpierw padać ogromny deszcz, który jest tak bardzo zimny, z którym się dotychczas podczas naszych wędrówek nie spotkaliśmy, aż mam takie wrażenie, że jakby zamrażał całe moje ciało. Wkrótce rozpętuje się burza, a my, rozsądnie podchodząc do sytuacji, rozpoczynamy ewakuację zielonym szlakiem, który jest krótszy od czerwonego i prowadzi w okolice Tylmanowej koło Dunajca. Droga ewakuacyjna staje się strumieniem błota, a burza z ulewą i mgłą sprawia, że widoczność jest niemal zerowa. Po dziesięciu minutach jesteśmy przemoczeni do suchej nitki. Kilka razy się poślizgnąłem i wpadłem w błoto, więc jestem cały w nim unurzany. Miałem wrażenie, że pioruny uderzają tuż obok mnie. Powoli zaczynamy odczuwać skutki przemoczenia i wyziębienia, ale nie poddajemy się i idziemy dalej. W pewnym momencie zgubiliśmy szlak i skręciliśmy w jakąś leśną drogę. Byłem tak zdesperowany, że już miałem w ręku telefon, by zadzwonić po GOPR, aby nas uratowali. Ale Agnieszka zaczęła słyszeć gdakanie kur z pobliskiego gospodarstwa, więc przyspieszyliśmy kroku i ku naszym oczom wyłania się zza lasu i ściany deszczu miejscowość, a w niej kościół Kozielce, gdzie za nim jest droga prowadząca do Nowego Sączą, a przy niej jest wiata z przystankiem autobusowym. Podążamy ku przystankowi, gdzie po chwili siadamy na ławeczce. Agnieszka, zmarznięta i przemoczona, ma zdrętwiałe mięśnie i ledwo może chodzić, a herbata z termosu nie przynosi ulgi. Ja rozmyślałem by móc się znaleźć szybko w ciepłym mieszkaniu znajomych, ale też, czy tak zmoczonych i zabłoconych wiezmie kierowca do busa. Po 40 minutach nadjeżdża bus, a kierowca nie ma żadnych zastrzeżeń co do naszego zabrudzonego i mokrego ubrania. Gdy dojeżdżamy do miasta, Agnieszka ma skurcze i ledwo może się poruszać. Po wypiciu gorącej herbaty w domu oraz rozgrzaniu się, skurcze ustępują, a ona dochodzi do siebie. Przestroga dla nas podczas tej wycieczki jednak została już na zawsze, gdzie przed wyjściem w góry teraz zawsze kontrolujemy pogodę na różnych portalach pogodowych by móc bezpiecznie wrócić z naszych pięknych gór i by nas więcej nic takiego nie spotkało jak wtedy. Góry potrafią być zarówno przyjemne, jak i srogie, a nawet niebezpieczne, dlatego należy je szanować i doceniać.

Rower

Trasa Rowerem Łódź Rogów Lipce Reymontowskie Głowno Łódź zrobione (136km rowerem )

Swoją trasę rowerową w kierunku Rogowa rozpocząłem o godzinie 10 rano. Wyjechałem z Łodzi, przejeżdżając przez mój ulubiony Las Łagiewnicki. Najpierw minąłem Arturówek, potem parking Kaloryfer, a następnie Uroczysko, by w końcu dotrzeć do najbardziej dzikiej części Łagiewnik. O tej porze w lesie jest niewiele ludzi, zwłaszcza w tygodniu, co pozwoliło mi odetchnąć od panującej pandemii COVID-19 i jechać bez założonej maski. Wśród drzew nie czuć palącego słońca, a jedynie przyjemny chłód. Po kilkunastu minutach wyjeżdżam z lasu na osiedle domków jednorodzinnych. Następnie podążam asfaltową drogą do Nowego Imielnika, gdzie kontynuuję jazdę drogą nr 14, prowadzącą w kierunku Strykowa. Po chwili skręcam w stronę Starego Imielnika oraz Dobieszkowa. Tutaj można jechać bez pedałowania, ponieważ do samego Dobieszkowa zjeżdża się z górki, aż dojeżdża się do stawów hodowlanych i tam się skręca w drogę leśną w prawo i tutaj już się robi stromy podjazd pod niezłe wzniesienie, co potrafi doprowadzić do opadnięcia z sił. Gdy dotarłem na wzniesienie, postanowiłem zrobić małą przerwę na przekąszenie czegoś. Po odpoczynku ruszam dalej. Po chwili kończy się leśna droga, wjeżdżam na asfalt i jadę cały czas prosto. Dookoła otaczają mnie łąki, a przy drodze ustawione są lampy z panelami słonecznymi. Kieruję się w stronę miejscowości Borchówka. Po drodze mijam kolejne wzniesienie oraz drogę prowadzącą przez las. Po dotarciu do Borchówki skręcam w lewo i jadę prosto, aż do głównej drogi prowadzącej do Nowosolnej, gdzie skręcam w prawo. Po chwili kieruję się drogą do Byszewa, mijając rzekę Moszczenicę oraz piękny dworek w Byszewach. Tutaj mogę jechać bez pedałowania, ponieważ do samego Dobieszkowa zjeżdża się z górki, aż do stawów hodowlanych, gdzie skręcam w prawo na leśną drogę. Po drodze mijam urokliwy, zabytkowy kościół Mariawitów. Przejeżdżam przez autostradę w miejscowości Laski, jadąc w kierunku Moskwy, gdzie skręcam w lewo i kieruję się w stronę Jaroszki, a następnie Buczka, gdzie skręcam w prawo. Po odpoczynku ruszam dalej. Po drodze mijam cmentarzysko kiosków Ruchu w Dąbrówce Małej. Przejeżdżam obok miejscowości Syberia, kontynuując jazdę w kierunku Pieńków Henrykowskich. Skręcam po pewnym czasie w prawo, gdzie wjeżdżam do Zespołu Przyrodniczo Krajobrazowego Górna Mrożyca, gdzie, jadąc tamtędy, poczułem się przez moment, tak jakbym był w górach bardzo ładny zespół Krajobrazowy, polecam zwiedzenie go osobom, które jeszcze tam nie były. W miejscowości Henryków znajduje się rzadko spotykany sad derenia jadalnego. Po przejechaniu przez tę miejscowość należy skręcić w prawo na drogę prowadzącą dom rogi Dolnej przejeżdżając przez później przez Mrogę Górną, która jest bardzo urokliwym miejsce, gdzie płynie rzeka Mroga, nieopodal niej są piękne stawy i dalej kieruje się na miejscowość Olsza, gdzie na skrzyżowaniu skręcam w lewo na Rogów. Po pewnym czasie skręcam w prawo, wjeżdżając do Zespołu Przyrodniczo-Krajobrazowego Górna Mrożyca.

Łysica Góry Świętokrzyskie

2012 roku nikt nas nie zaprosił na sylwestra, więc postanowiliśmy się wybrać na zdobycie Łysicy 612 m n.p.m. której brakowało nam do Korony Gór Polskich. Wybraliśmy się wtedy nietypowym wehikułem naszym pierwszym samochodem, mianowicie fiatem cinquecento w Góry Świętokrzyskie mamy około 200 km w jedną stronę, więc, że nasze skromne autko nie osiągało zbyt dużych prędkości, ruszyliśmy o godzinie 6 rano z Łodzi po drodze zaznaczyliśmy sobie na mapie jeszcze parę punktów do zwiedzenia, takich jak Ruiny Wielkiego Pieca Huty w Samsonowie oraz W Januszowie Dąb Bartek. Z moją nawigacją w telefonie znów nasz poprowadziła przez jakiś kamieniołom i jakimiś bocznymi dróżkami na miejsce, czyli do miejscowości Święta Katarzyna Docieramy o godzinie 13:30. Parkujemy obok Domu Zakonnego Kaluzorowych Bernandynki, gdy wchodzimy do Bukowego lasu rozpoczyna się szlak czerwony na Łysicę droga jest ubita kamieniami, gdzie nieopodal jej mijamy pomnik Stefana Żeromskiego oraz piękne Źródło Św. Franciszka obok niego stoi ładna kaplica drewniana, dochodzimy do miejsca, gdzie szlak skręca w lewo i od tego momentu zaczyna się strome podejście po kamieniach pod górę zaczyna się ku naszemu zdziwieniu, gdzie w Łodzi brakuje śniegu znajdujemy trochę ośnieżony szlak po 53 minutach dochodzimy na Łysicę, które jest cała w śniegu nieopodal niej mijaliśmy znajdujący się krzyż z widniejącym napisem Neśmiertelnemu królowi Wierów Jezusowi Chrystusowie Głosi Część i Chwałę Puszcza Jodłowa i obok niego rozpościera się widok na Gołoborza (zbocze pokryte wielkimi głazami skalnymi). Po zejściu ze szczytu i powrocie na parking jest godzina14 ruszamy do kolejnego punktu naszej wycieczki, którym miały być piękne ruiny zamku Krzyżtopór, gdzie znów moja nawigacja zrobiła nam psikusa i poprowadziła nas przez Jeleniewską Przełęcz pokryta była lodem i śniegiem moje małe auto ledwo podołało jej, gdy dojechaliśmy do Ujazdu obok zamku spotkaliśmy wielu turystów, których tak zimową porą się nie spodziewaliśmy po długim zwiedzaniu jest godzina 16, więc wracamy do Łodzi podróż już o zmroku, gdzie trasa biegnie przez lasy nagle wysiadają mi światła w moim autku i wracamy do Łodzi na światłach postojowych ja, prowadząc auto z nosem prawie przy szybie jesteśmy na miejscu o godzinie 20.

Testy i porady

Test Śpiwora puchowego wyprawowego Simonda Down Makalu III Light L z Decathlonu

Test Śpiwora puchowego wyprawowego Simonda Down Makalu III Light L z Decathlonu zacząłem późnym popołudniem, dokładnie 9 lutego 2021. Temperatura na zewnątrz wynosiła około -8c odgarniałem wtedy śnieg, tworząc stanowisko pod ustawienie namiotu oraz jego okopanie śniegiem. Po założeniu obozowiska zaczęło się ściemniać, temperatura spadła do -10c. Wskoczyłem do namiotu, przebrałem się w bieliznę termo trek 500 decathlon z merinosa do śpiwora na stopach miałem skarpety wysokogórskie bridgedale z wełny merinosa w wersji summit, na szyi bandę Hi – Tec z podszytym polarem, a na głowie kominiarkę plus czapka pod kask wysokogórski z polartecu, pod śpiworem zimowa mata samopompująca VOLVEN ULTRALIGHT PLUS + karimata z Decathlonu trek 100 składana. Dawały radę od ziemi nie odczułem wilgoci oraz chłodu i twardości zmarzniętej ziemi z lodem było miękko jak na kanapie w domu:). Trzy godziny przebywałem w namiocie w trybie siedzącym, do połowy w rozpiętym śpiworze. Nie mogłem rozgrzać stóp, więc założyłem drugą parę skarpet merino producenta z Łodzi, firmy Comodo. Wtedy zaczęły rozgrzewać się stopy. W śpiworze o rozmiarze L zmieściłem się ja, mierząc 181cm w nim bezproblemowo, a na spodzie w nogach umieściłem sobie ciuchy do założenia na rano oraz futerał z bateriami i power bankiem. mimo docieplenia co parę godzin budziłem się z powodu uczucia chłodu w stopach, dlatego na następny biwak zimowy przygotuje się i wezmę ze sobą skarpety puchowe. W sumie w śpiworze spędziłem 14 godzin. Co parę godzin mierzyłem temp w środku śpiwora do utrzymywała się w granicach od +20c do +27c więc jak na zimowe warunki, śpiwór spisał się wyśmienicie, gdy na zewnątrz namiotu temp była od – 11c do -15c w namiocie, po rozgrzaniu się w śpiworze i ogrzaniu swoim oddechem wnętrza namiotu to w środku miałem temp od 0c do +2c rano, gdy się obudziłem, wnętrze namiotu było oszronione a śpiwór nawet nie był mocno wilgotny szybko wysechł mnie było ogólnie w nim wygodnie i przytulnie. Zastosowany w nim puch jest dobrej jakości, a zakres temperatur tego śpiwora to komfort -12c limit -19c extreme -42c waga trochę duża, bo 1,7 kg, ale w końcu to jest śpiwór wyprawowy to musi trochę ważyć. Sprężystość przyzwoita 800 cuin śpiwór by kupić podobnej klasy i markowy trzeba by było wydać około 2000 zł, a tu porządny śpiwór Simonda masz za 999 zł, więc jest różnica cenowa. Myślę, że w nim spokojnie można by było wytrzymać warunki, tylko mówię tu o spaniu pod namiotem w rzędu -20c i też by było w nim jeszcze ciepło. Polecam ten śpiwór i on ode mnie dostaje z oceny od jednego do pięciu 5, i to nawet z wielkim+.

Tatry




Rysy 17 Lipca 2013

W moje urodziny narzeczona postanowiła zrobić mi super niespodziankę, a mianowicie „podarować” najwyższy ze szczytów Gór Polskich – Rysy. Znajduje się on w Tatrach Wysokich, a jego wysokość wynosi 2499 m n.p.m. Wtedy nasze ulubione miejsce wypadowe latem w Tatry znajdowało się w Poroninie u Piotra Chyca na ul. Kasprowicza. 17 lipca 2013 roku wstaliśmy wczesnym świtem, o godzinie 5:00. Spakowaliśmy plecaki i pośpieszyliśmy na pierwszy bus, który wyjeżdżał z Poronina punkt 6 rano w kierunku Łysej Polany. Docierał on, aż do Popradu znajdującego się na Słowacji. W autokarze przykuła mój wzrok para młodych ludzi, którzy byli wyposażeni w sprzęt typu lina wspinaczkowa przytroczona do plecaka oraz czekany. Siedząca obok grupka ludzi naśmiewała się z pary wyposażonej w profesjonalny sprzęt „… po co wam czekany latem, przecież śniegu już dawno nie ma…”. Dla mnie wtedy też to się wydawało trochę dziwne, ale teraz gdy już nabrałem trochę doświadczenia moje myślenie się zmieniło. Z tego co usłyszałem wybierali się oni tego dnia na Gerlach, gdzie nawet latem znajdują się płaty śniegu w źlebach, dlatego warto się zabezpieczyć w sprzęt zimowy również o tej porze roku. Na Łysej Polanie znaleźliśmy się o godzinie 7 rano. Z niej musieliśmy dojść jeszcze do Palenicy Białczańskiej. Zajęło nam to półgodziny. Stamtąd droga biegnie asfaltem co dla nas było i jest uciążliwe. Dobrze, że było wcześnie rano i nie było takiego skwaru. Jak tylko mogliśmy to korzystaliśmy ze skrótów, które biegną w dużej części lasem. Tłumów ludzi z uwagi, że było wcześnie rano nie spotkaliśmy po drodze. Co jakiś czas przystawaliśmy, by podziwiać krajobrazy i dokonać dokumentacji fotograficznej. Do Morskiego Oka dotarliśmy o godzinie 10. Tam nad brzegiem stawu zjedliśmy swoje pierwsze śniadanie, przy którym rozglądając się dookoła, staraliśmy się zidentyfikować zaobserwowane szczyty takie jak: Mnich, Mięguszowiecki Szczyt Wielki oraz Szpiglasowy Wierch. Śniadanie i postój zajęły nam sporo czasu bo ok. godziny. Było już późno, ale to wszystko wina tych pięknych widoków, roztaczających się dookoła Morskiego Oka, które nas tak tutaj zatrzymały. Postanowiliśmy przyspieszyć tempo marszu. Poszliśmy wzdłuż Morskiego Oka czerwonym szlakiem ku Czarnemu Stawowi pod Rysami, do którego prowadzi dość strome podejście. Zajęło nam to godzinę. Z sentymentem spoglądaliśmy na ten Staw, wspominając zimą wyprawę z 2010 roku kiedy to musieliśmy się wycofać ze względu na pogarszające się warunki pogodowe i brak doświadczenia. Szlak na Rysy biegnie lewym brzegiem Czarnego Stawu, nad którym spotykaliśmy dwie młode łanie. Oczywiście korzystając z okazji wyjąłem aparat, by móc im zrobić zdjęcie, a także pięknej turni zwanej Żabią Lalką, która wyłoniła się obok Żabiego Szczytu na lewo od stawu. Gdy doszliśmy do rysy mogłem podziwiać znajdującą się po prawej stronie najtrudniejszą do zdobycia w Polskich Tatrach ścianę Kazalnicy Mięguszowieckiej. Szlak wtedy zaczął stromo piąć się rysą do góry, gdy doszliśmy do Buli pod Rysami natrafiliśmy na duży płat śniegu i wtedy doszedłem do wniosku, że dobrze, że wzięliśmy ze sobą kijki trekkingowe, które pomogły nam pokonać sprawnie tą trudność. Nieopodal Buli postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na podziwianie widoków dwóch Stawów i przekąszenie co nieco. Po krótkiej przerwie o godzinie 12:30 ruszyliśmy dalej. Szlak zrobił się bardzo trudny. Zamontowano tutaj sztuczne ułatwienia w postaci łańcuchów. Ja z nich nie skorzystałem, dla mnie pewniejsza była skała i jej się trzymałem. Zrobiło się bardzo tłoczno. Zaczęły się kolejki i zatory. O godzinie 14:30 stanęliśmy na szczycie Rysów. Zrobiliśmy kilka fotek na szczycie. Niestety bez widoków, bo Rysy zaszły mgłą☹. W obawie przed kolejkami w czasie schodzenia i pozostaniem na szlaku po zmroku, postanowiliśmy zejść Słowacką stroną. Czas nas gonił, bo ostatni autobus do Polski odjeżdżał o 19:00 z Tatranská Lomnicy. Schodząc minęliśmy Niżne Rysy. Przed nami roztaczał się piękny widok na Wysoką. Czerwonym szlakiem skierowaliśmy się do schroniska Chata pod Rysami. Tam na chwilę się zatrzymaliśmy, żeby skorzystać z urokliwego WC położonego nad przepaścią. Nie mogę nadziwić się pięknem Słowackich Tatr. Po drodze napotkaliśmy krótki, nietrudny odcinek ze sztucznymi ułatwieniami, czyli z łańcuchami. Minęliśmy Wielki Żabi Mięguszowiecki Staw, który jest naprawdę urokliwy. Następnie doszliśmy do Żabiego Potoku, który biegnie wzdłuż szlaku. Po jakimś czasie czerwony szlak połączył się z niebieskim, który prowadzi do Popradzkiego Plesa, kolejnego dużego stawu, nad którego brzegiem znajduje się ogromny Hotel Górski. Podążając niebieskim szlakiem mineliśmy cmentarz ludzi gór. Niestety nie mogliśmy się mu przyjrzeć z bliska, bo czas nas gonił było już po 16stej. Cieszyłem się, że byłem przewidujący i zabrałem ze sobą mapę Słowackich Tatr, ale wkrótce okazało się, że to nie wystarczy, żeby szczęśliwie wrócić do kraju. Kiedy dotarliśmy do stacji kolejowej uroczy Pan w kasie oświecił nas, ze skończyły się stare dobre czasy, w których na Słowacji można było zapłacić złotówkami. Na szczęście znaleźli się rodacy, którzy uratowali nas wymieniając nam złotówki na Euro. Z rozkładu jazdy dowiedzieliśmy się, że Elektriczka do Tatrzańskiej Łomnicy odjeżdża o godzinie 18.00, więc zdążyliśmy w ostatniej chwili, gdyż była 17.45. Czas przejazdu ze stacji Popradzkie Pleso do Tatrzańskiej Łomnicy trwa plus minus 40 minut. Mięliśmy zatem ok. 20 minut na odszukanie ostatniego autokaru do Polski w Tatrzańskiej Łomnicy. Uff ledwo ledwo, ale jakimś cudem znowu się udało😊. Po godzinie byliśmy już w kraju, szczęśliwi ze zdobycia najwyższego szczytu Polski. Dobrze, że jestem przygotowany i wziąłem ze sobą mapę Tatry Słowackich powtarzam cały czas do żony, ale po drodze spotykamy kilku Polaków i dowiadujemy się, że słowacy nie przyjmują już naszych złotówek a my nie posiadamy ich waluty czyli euro. Zaczeliśmy się zastanawiać skąd weźmiemy euro by zapłacić za kolejkę lub busa by móc wrócić do Polski. Na szlaku pytaliśmy polaków czyby nam złotówek nie wymienili na euro, spotkani turyści raczej niechętnie chcą nam wymienić zł na euro dopiero udaje nam się spotkać swoich rodaków przy Popradzkim Plesie gdzie chętnie nam pomogli i rozmienili zł na Euro. Dowiadujemy się od nich że najlepiej jest podążać niebieskim szlakiem do Popradzkiego Plesa gdzie jest stacja tzw Elektriczki czyli po prostu mówiąc kolejki która jeździ wzdłuż Tatr i dojeżdża do Tatrzańskiej Łomnicy. Szybko schodzimy niebieskim szlakiem pomijając cmentarz ludzi gór znajdujący obok szlaku już nie zbaczamy z niego by go zobaczyć bo już jest godzina 16:30 docieramy na stacje kolejki około 17:45 spoglądamy na rozkład jazdy z którego dowiadujemy się, że kolejka będzie o godzinie 18 dojazd do Tatrzańskiej Łomnicy trawa około 40 minut będąc już w miasteczku dowiadujemy się o ostatnim autobusie do Polski który jest o godzinie 19:00 co za ulga, że zdążyliśmy na niego ledwo ledwo i że dzisiejszą noc spędzimy już w Polsce a nie na Słowacji o godzinie 20 docieramy do Poronina szczęśliwi ze zdobycia najwyższego szczytu Polski.

Zaszufladkowano do kategorii Tatry