Rower

Wyprawa Rowerem z Łodzi na Hel w roku 2011


Planowanie wyprawy rowerowej z Łodzi na Hel rozpoczęliśmy w czerwcu 2011 roku, około siedmiu miesięcy przed wyjazdem. W
W ramach przygotowań przejechałem na swoim liczniku rowerowym około 1500 km. W wyprawie uczestniczyło jeszcze dwóch moich znajomych. Wytyczyliśmy trasę, może nie najkrótszą, bo biegnącą przez : (Zgierz, Ozorków, Łęczycę, Topolę Królewską, Kłodawę, Luboniek, Izbicę Kujawską, Topólkę, Piotrków Kujawski, Radziejów, Dobre, Zakrzewo.
Gniewkowo, Toruń, Świecie, Nowe, Gniew, Peplin, Tczew, Pruszcz Gdański, Gdańsk Gdynię, Rumię, Redę, Puck, Władysławowo, Hel). Postanowiliśmy zabrać ze sobą namiot i śpiwory, a nocować tam, gdzie uda nam się rozbić obozowisko. Niestety, nie posiadałem jeszcze sakw rowerowych, więc większość bagażu, w tym namiot, śpiwór i karimatę, umieściłem na bagażniku. Resztę, czyli prowiant i odzież, spakowałem do plecaka górskiego, który nosiłem na plecach, co nie było zbyt wygodne. Wyruszyliśmy o godzinie 7 rano. Pogoda nie zapowiadała się najlepiej – było pochmurno, a miejscami padał deszcz. Droga do Łęczycy minęła nam dość szybko, ponieważ w większości prowadziła szerokim, wyasfaltowanym poboczem. Droga od Topoli Królewskiej była lepsza, bo była to mniej ruchliwa trasa. W Kłodawie zrobiliśmy przerwę, podziwiając z daleka kopalnię soli, gdzie zjedliśmy śniadanie. Dalsza trasa przebiegała przez malownicze tereny jezior. Rozpogodziło się w Piotrkowie Kujawskim. Niestety, na jakąś godzinę rozdzieliłem się z towarzyszami, ponieważ się zagubiliśmy, ale dzięki telefonowi komórkowemu udało nam się odnaleźć. Po przejechaniu Radziejowa zaczęły mnie dopadać kryzysy – traciłem powoli siły. Gdy zaczęliśmy się zbliżać do Torunia, przejeżdżaliśmy drogą, która prowadziła przez las. W pewnym momencie zauważyliśmy otwarty szlaban na poboczu. Kontynuując jazdę, zaczęły nas mijać wozy bojowe oraz pancerne z żołnierzami. Dotarliśmy do kolejnego szlabanu, który był już zamknięty, a na tabliczce informacyjnej widniała informacja, że droga czasami jest zamykana z powodu ćwiczeń na pobliskim poligonie. Przy wjeździe do Torunia natknęliśmy się na knajpkę, więc postanowiliśmy coś zjeść. Była już godzina 19, a my przejechaliśmy 210 km w ciągu jednego dnia, więc zmęczeni zaczęliśmy szukać miejsca na rozbicie namiotu. Tak minął nasz pierwszy dzień. Drugiego dnia wstaliśmy wcześnie, około godziny 6. Przejazd przez Toruń był bardzo szybki i ponieważ prowadził nas GPS, który postanowiliśmy włączać tylko w wielkich miastach z uwagi na oszczędność baterii w urządzeniu. Kierowaliśmy się na Świecie drogą nr 91, która również okazała się przyjemna do jazdy. Gdy dotarliśmy do Chełmna, zachwyciło nas to malownicze miasteczko z piękną architekturą. W miasteczku, w którym zrobiliśmy zakupy, podziwialiśmy zabytkowe kościoły oraz wieżę ciśnień. Postanowiliśmy skierować się w stronę Wisły, gdzie zamierzaliśmy zatrzymać się na przerwę obiadową. Po drodze jeden z moich znajomych złapał gumę, co nieco opóźniło naszą podróż, ale na szczęście miał ze sobą zapasową dętkę. Gdy dotarliśmy nad Wisłę, zjechaliśmy na brzeg rzeki i zjedliśmy obiad, podziwiając widoki na płynącą wodę. Po odpoczynku ruszyliśmy w kierunku Świecia, aby zjechać na S91. Kiedy minęliśmy zjazd na budowaną wówczas trasę, zaczęło padać, a mój znajomy znów złapał gumę w dętce rowerowej, wykorzystując ostatni zapas. Częste awarie były efektem tego, że podróżował na rowerze typu kolarka, który miał bardzo wąskie opony, podczas gdy ja i mój drugi znajomy jechaliśmy na rowerach górskich. Po drodze napotkaliśmy strome podjazdy, które dały nam w kość i wykończyły naszą psychikę. Gdy dotarliśmy do Gniewa, dostrzegliśmy przepiękny zamek i postanowiliśmy zrobić przerwę na posiłek. Gdy byliśmy gdzieś przed Tczew zaczęło się ściemniać i co nas zmusiło do szukania miejsca na rozbicie namiotu, było bardzo ciężko w szukaniu tego miejsca na biwak, ponieważ wszędzie było pełno pól uprawnych wokół drogi, ale w końcu się udało w półmroku rozbiliśmy się i tego dnia zrobiliśmy jakieś 170 km. Nocą trochę popadał deszcz, więc drugiego dnia wstaliśmy nieco później, czekając, aż słońce wysuszy namiot. W tym czasie chłopaki pojechali do najbliższej miejscowości po prowiant. Gdy wrócili, namiot był już prawie suchy i mogliśmy go złożyć. O godzinie 11 ruszyliśmy w dalszą trasę. W okolicach Tczewa zaczęło się ściemniać, co zmusiło nas do szukania miejsca na rozbicie namiotu. Tego dnia pogoda była zmienna, ale gdy dojechaliśmy do Pruszcza Gdańskiego, słońce zaczęło świecić. Zatrzymaliśmy się na chwilę, aby uzupełnić zapasy w pobliskim markecie. Gdy dotarliśmy do Gdańska, była już po godzinie 13. W okolicach dworca kolejowego mój znajomy od kolarki znów złapał gumę, a nie miał już zapasu. Szukanie dętki w Gdańsku zajęło nam trochę czasu, ale w końcu znaleźliśmy sklep rowerowy przy drodze prowadzącej do Gdyni, gdzie kupił większy zapas dętek. W Gdyni postanowiliśmy uzupełnić zapasy w markecie, obawiając się, że później możemy nie znaleźć żadnego sklepu. Była już godzina 16, a ścieżki rowerowe prowadzące z Gdańska przez Sopot i Gdynię umożliwiały szybkie przemieszczanie się. Wtedy, mijając miejscowość Redę trafiło na mnie i złapałem gumę, podczas wymiany jeszcze odmówiła nam posłuszeństwa pompka, ale jakoś się udało wymienić dętkę w moim rowerze, było już wtedy po godzinie 18 i w dniu dzisiejszym zrobiliśmy około 120 km byliśmy trochę przemęczeniu już, więc rozbiliśmy wtedy namiot. Gdy rano się obudziliśmy gdzieś zapodział nam się kluczyk od linki, którą zabezpieczyliśmy rowery przed kradzieżą w nocy, ale pod dwóch godzinach szukania w końcu się znalazł i wtedy uświadomiliśmy się, że namiot który rozbiliśmy poprzedniego dnia, został rozbity na drodze, którą na pewno często podążają kłady lub motocykle typu cross. Było już po godzinie 18, a tego dnia przejechaliśmy około 120 km, więc postanowiliśmy rozbić namiot. Gdyby nie moje problemy z dętką i mojego znajomego, podejrzewam, że w ciągu trzech dni dotarlibyśmy na Hel rowerami. Czwartego dnia, około godziny 11, ruszyliśmy w kierunku Władysławowa. Jeden z moich znajomych postanowił jechać przodem, co okazało się niefortunnym pomysłem, ponieważ się zgubił i odłączył od nas. W dwójkę, mijając Puck, zatrzymaliśmy się na ładnym parkingu z widokiem na zatokę Pucką, aby zjeść posiłek. W międzyczasie próbowaliśmy skontaktować się z naszym zagubionym znajomym, który miał wyłączony telefon. Okazało się, że bateria w jego telefonie padła. Postanowiliśmy kontynuować podróż w kierunku Władysławowa, mając nadzieję, że gdzieś po drodze go spotkamy. Dalej jechaliśmy już od dłuższego czasu świetną ścieżką rowerową, która biegła wzdłuż nabrzeża zatoki. Gdy dojechaliśmy do Chałup, dostrzegliśmy znajomo wyglądającą postać rowerzysty – okazało się, że nasza zguba się znalazła. Zatrzymaliśmy się na chwilę, aby nasz zaginiony znajomy mógł wreszcie do nas dołączyć. Mijając Jastarnię, nasz wcześniejszy zagubiony znajomy poczuł się pewniej i zaczął jechać jako pierwszy, przekonany, że tym razem się nie zgubi. Podczas naszej podróży do Helu, jeden z naszych znajomych jechał tak szybko, że nie zauważył skrętu w lewo w las, oddalonego o około 400 metrów od celu. My postanowiliśmy skręcić, gdyż dostrzegliśmy drogowskaz do Muzeum Wybrzeża. Nie zważając na pędzącego przed nami kolegę, stwierdziliśmy, że i tak nie zgubi się zbyt daleko – najwyżej dojedzie pierwszy na Hel. Zaczęliśmy zwiedzać Muzeum Wybrzeża (http://helmuzeum.pl/). Po udanym zwiedzaniu, gdy wróciliśmy na trasę prowadzącą do Helu, zauważyliśmy Wieżę Kierowania Ogniem, którą również postanowiliśmy zwiedzić. Kiedy znów wyruszyliśmy w kierunku Helu, odkryłem, że w moim kole rowerowym znów brakuje powietrza. Do Helu mieliśmy zaledwie 400 metrów, a ja nie miałem już zapasowej dętki, więc zacząłem prowadzić rower, mając nadzieję, że po godzinie 18 znajdę otwarty sklep rowerowy. Niestety, okazało się, że na Helu jest tylko jeden sklep, który już był zamknięty. W międzyczasie odnaleźliśmy naszego znajomego, który prowadził nas przez całą trasę. Zrezygnowani, z rowerem w ręku, skierowaliśmy się na deptak obok plaży. Na który znajdujemy siedzących na ławeczce dwóch starszych panów miejscowych, którzy są zaciekawieni moją sytuacją, czyli prowadzeniem rower z kołem przednim bez powietrza i zwracają się do nas z zapytaniem, skąd przybywamy. Gdy usłyszeli, że z Łodzi, nie mogli w to uwierzyć, że można dojechać na Hel rowerem. Zaproponowali nam pomoc, twierdząc, że mają w domu dętkę, która może pasować do mojego roweru. Gdy dotarliśmy pod dom miejscowych staruszków, podziękowaliśmy im za pomoc z dętka i ruszyliśmy w kierunku pola namiotowego na Helu (http://www.helkamp.pl/), ponieważ już była godzina około 20 i i zrobiliśmy w dniu dzisiejszym około 70 km. Zmęczeni całodzienną podróżą, szybko rozbiliśmy namiot. W nocy w pobliżu portu słychać było szanty z pobliskiej tawerny, co nadawało całemu miejscu wyjątkowy klimat i wcale nam nie przeszkadzało. Następnego dnia podliczyliśmy przejechane kilometry – okazało się, że w ciągu czterech dni zrobiliśmy 570 km. Pozostaliśmy na Helu przez cały tydzień, ale zwiedzaliśmy już tylko pieszo, odkrywając liczne zabytki, które serdecznie polecamy. Planując powrót do Łodzi, chcieliśmy wrócić rowerami, ale po przejechaniu 100 km do Gdańska postanowiliśmy kupić bilety i wrócić pociągiem z rowerami. W czasie oczekiwania na pociąg, który miał przyjechać o godzinie 18, zwiedziliśmy piękną starówkę Gdańska oraz stocznię. To była wspaniała przygoda, którą polecam każdemu!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *