Gorce
Lubań (1225 m n.p.m) rok 2011
Znowu zatęskniliśmy za górami, więc postanowiliśmy wyruszyć z Łodzi autobusem na ośmiogodzinną podróż do znajomych w Nowym Sączu na Majówkę 2011 roku. Dzień wcześniej nie udało nam się zdobyć Przechyby (1150 m n.) w Beskidzie Sądeckim z powodu burzy. Na 1 maja zaplanowaliśmy nową trasę – Lubań (1211 m n.) w Gorcach. Wstaliśmy skoro świt i ruszyliśmy na dworzec autobusowy w Nowym Sączu, skąd o godzinie 6:20 mieliśmy bus do Krościenka nad Dunajcem, z którego chcieliśmy rozpocząć naszą wędrówkę czerwonym szlakiem na Lubań. Szlak zaczyna się asfaltową drogą, która skręca w prawo tuż za kościołem w miasteczku. Jest dobrze oznakowany, ale pogoda nas nie rozpieszcza – jest mglisto i chłodno. Czasami mgła się przejaśnia, co pozwala nam podziwiać widoki na Krościenko i pobliskie Pieniny. Po pewnym czasie asfaltowa droga kończy się, a my wkraczamy na leśną ścieżkę, która prowadzi raz przez las, raz przez polany. Po półtorej godzinie marszu docieramy do szczytu Marszałek. Wtedy robi się cieplej, mgła znika, a my możemy podziwiać widoki na pasmo Radziejowej oraz płynący poniżej Dunajec. Postanawiamy zatrzymać się na chwilę, aby zjeść drugie śniadanie. Do szczytu Lubania pozostało nam jeszcze około 1,5 godziny drogi. Szlak od Starej Polany prowadzi teraz tylko przez las, mijamy jedną polanę przed Jastrzębską, gdzie zaczyna się strome podejście. Gdy docieramy na szczyt Lubania, znów robi się mglisto. Po drodze mijamy bazę namiotową, przy której znajduje się krzyż upamiętniający wędrówki Jana Pawła II, który, podobnie jak my, kochał góry. Po krótkiej chwili zaczyna najpierw padać ogromny deszcz, który jest tak bardzo zimny, z którym się dotychczas podczas naszych wędrówek nie spotkaliśmy, aż mam takie wrażenie, że jakby zamrażał całe moje ciało. Wkrótce rozpętuje się burza, a my, rozsądnie podchodząc do sytuacji, rozpoczynamy ewakuację zielonym szlakiem, który jest krótszy od czerwonego i prowadzi w okolice Tylmanowej koło Dunajca. Droga ewakuacyjna staje się strumieniem błota, a burza z ulewą i mgłą sprawia, że widoczność jest niemal zerowa. Po dziesięciu minutach jesteśmy przemoczeni do suchej nitki. Kilka razy się poślizgnąłem i wpadłem w błoto, więc jestem cały w nim unurzany. Miałem wrażenie, że pioruny uderzają tuż obok mnie. Powoli zaczynamy odczuwać skutki przemoczenia i wyziębienia, ale nie poddajemy się i idziemy dalej. W pewnym momencie zgubiliśmy szlak i skręciliśmy w jakąś leśną drogę. Byłem tak zdesperowany, że już miałem w ręku telefon, by zadzwonić po GOPR, aby nas uratowali. Ale Agnieszka zaczęła słyszeć gdakanie kur z pobliskiego gospodarstwa, więc przyspieszyliśmy kroku i ku naszym oczom wyłania się zza lasu i ściany deszczu miejscowość, a w niej kościół Kozielce, gdzie za nim jest droga prowadząca do Nowego Sączą, a przy niej jest wiata z przystankiem autobusowym. Podążamy ku przystankowi, gdzie po chwili siadamy na ławeczce. Agnieszka, zmarznięta i przemoczona, ma zdrętwiałe mięśnie i ledwo może chodzić, a herbata z termosu nie przynosi ulgi. Ja rozmyślałem by móc się znaleźć szybko w ciepłym mieszkaniu znajomych, ale też, czy tak zmoczonych i zabłoconych wiezmie kierowca do busa. Po 40 minutach nadjeżdża bus, a kierowca nie ma żadnych zastrzeżeń co do naszego zabrudzonego i mokrego ubrania. Gdy dojeżdżamy do miasta, Agnieszka ma skurcze i ledwo może się poruszać. Po wypiciu gorącej herbaty w domu oraz rozgrzaniu się, skurcze ustępują, a ona dochodzi do siebie. Przestroga dla nas podczas tej wycieczki jednak została już na zawsze, gdzie przed wyjściem w góry teraz zawsze kontrolujemy pogodę na różnych portalach pogodowych by móc bezpiecznie wrócić z naszych pięknych gór i by nas więcej nic takiego nie spotkało jak wtedy. Góry potrafią być zarówno przyjemne, jak i srogie, a nawet niebezpieczne, dlatego należy je szanować i doceniać.











