Rysy 17 Lipca 2013
W moje urodziny narzeczona postanowiła zrobić mi super niespodziankę, a mianowicie „podarować” najwyższy ze szczytów Gór Polskich – Rysy. Znajduje się on w Tatrach Wysokich, a jego wysokość wynosi 2499 m n.p.m. Wtedy nasze ulubione miejsce wypadowe latem w Tatry znajdowało się w Poroninie u Piotra Chyca na ul. Kasprowicza. 17 lipca 2013 roku wstaliśmy wczesnym świtem, o godzinie 5:00. Spakowaliśmy plecaki i pośpieszyliśmy na pierwszy bus, który wyjeżdżał z Poronina punkt 6 rano w kierunku Łysej Polany. Docierał on, aż do Popradu znajdującego się na Słowacji. W autokarze przykuła mój wzrok para młodych ludzi, którzy byli wyposażeni w sprzęt typu lina wspinaczkowa przytroczona do plecaka oraz czekany. Siedząca obok grupka ludzi naśmiewała się z pary wyposażonej w profesjonalny sprzęt „… po co wam czekany latem, przecież śniegu już dawno nie ma…”. Dla mnie wtedy też to się wydawało trochę dziwne, ale teraz gdy już nabrałem trochę doświadczenia moje myślenie się zmieniło. Z tego co usłyszałem wybierali się oni tego dnia na Gerlach, gdzie nawet latem znajdują się płaty śniegu w źlebach, dlatego warto się zabezpieczyć w sprzęt zimowy również o tej porze roku. Na Łysej Polanie znaleźliśmy się o godzinie 7 rano. Z niej musieliśmy dojść jeszcze do Palenicy Białczańskiej. Zajęło nam to półgodziny. Stamtąd droga biegnie asfaltem co dla nas było i jest uciążliwe. Dobrze, że było wcześnie rano i nie było takiego skwaru. Jak tylko mogliśmy to korzystaliśmy ze skrótów, które biegną w dużej części lasem. Tłumów ludzi z uwagi, że było wcześnie rano nie spotkaliśmy po drodze. Co jakiś czas przystawaliśmy, by podziwiać krajobrazy i dokonać dokumentacji fotograficznej. Do Morskiego Oka dotarliśmy o godzinie 10. Tam nad brzegiem stawu zjedliśmy swoje pierwsze śniadanie, przy którym rozglądając się dookoła, staraliśmy się zidentyfikować zaobserwowane szczyty takie jak: Mnich, Mięguszowiecki Szczyt Wielki oraz Szpiglasowy Wierch. Śniadanie i postój zajęły nam sporo czasu bo ok. godziny. Było już późno, ale to wszystko wina tych pięknych widoków, roztaczających się dookoła Morskiego Oka, które nas tak tutaj zatrzymały. Postanowiliśmy przyspieszyć tempo marszu. Poszliśmy wzdłuż Morskiego Oka czerwonym szlakiem ku Czarnemu Stawowi pod Rysami, do którego prowadzi dość strome podejście. Zajęło nam to godzinę. Z sentymentem spoglądaliśmy na ten Staw, wspominając zimą wyprawę z 2010 roku kiedy to musieliśmy się wycofać ze względu na pogarszające się warunki pogodowe i brak doświadczenia. Szlak na Rysy biegnie lewym brzegiem Czarnego Stawu, nad którym spotykaliśmy dwie młode łanie. Oczywiście korzystając z okazji wyjąłem aparat, by móc im zrobić zdjęcie, a także pięknej turni zwanej Żabią Lalką, która wyłoniła się obok Żabiego Szczytu na lewo od stawu. Gdy doszliśmy do rysy mogłem podziwiać znajdującą się po prawej stronie najtrudniejszą do zdobycia w Polskich Tatrach ścianę Kazalnicy Mięguszowieckiej. Szlak wtedy zaczął stromo piąć się rysą do góry, gdy doszliśmy do Buli pod Rysami natrafiliśmy na duży płat śniegu i wtedy doszedłem do wniosku, że dobrze, że wzięliśmy ze sobą kijki trekkingowe, które pomogły nam pokonać sprawnie tą trudność. Nieopodal Buli postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na podziwianie widoków dwóch Stawów i przekąszenie co nieco. Po krótkiej przerwie o godzinie 12:30 ruszyliśmy dalej. Szlak zrobił się bardzo trudny. Zamontowano tutaj sztuczne ułatwienia w postaci łańcuchów. Ja z nich nie skorzystałem, dla mnie pewniejsza była skała i jej się trzymałem. Zrobiło się bardzo tłoczno. Zaczęły się kolejki i zatory. O godzinie 14:30 stanęliśmy na szczycie Rysów. Zrobiliśmy kilka fotek na szczycie. Niestety bez widoków, bo Rysy zaszły mgłą☹. W obawie przed kolejkami w czasie schodzenia i pozostaniem na szlaku po zmroku, postanowiliśmy zejść Słowacką stroną. Czas nas gonił, bo ostatni autobus do Polski odjeżdżał o 19:00 z Tatranská Lomnicy. Schodząc minęliśmy Niżne Rysy. Przed nami roztaczał się piękny widok na Wysoką. Czerwonym szlakiem skierowaliśmy się do schroniska Chata pod Rysami. Tam na chwilę się zatrzymaliśmy, żeby skorzystać z urokliwego WC położonego nad przepaścią. Nie mogę nadziwić się pięknem Słowackich Tatr. Po drodze napotkaliśmy krótki, nietrudny odcinek ze sztucznymi ułatwieniami, czyli z łańcuchami. Minęliśmy Wielki Żabi Mięguszowiecki Staw, który jest naprawdę urokliwy. Następnie doszliśmy do Żabiego Potoku, który biegnie wzdłuż szlaku. Po jakimś czasie czerwony szlak połączył się z niebieskim, który prowadzi do Popradzkiego Plesa, kolejnego dużego stawu, nad którego brzegiem znajduje się ogromny Hotel Górski. Podążając niebieskim szlakiem mineliśmy cmentarz ludzi gór. Niestety nie mogliśmy się mu przyjrzeć z bliska, bo czas nas gonił było już po 16stej. Cieszyłem się, że byłem przewidujący i zabrałem ze sobą mapę Słowackich Tatr, ale wkrótce okazało się, że to nie wystarczy, żeby szczęśliwie wrócić do kraju. Kiedy dotarliśmy do stacji kolejowej uroczy Pan w kasie oświecił nas, ze skończyły się stare dobre czasy, w których na Słowacji można było zapłacić złotówkami. Na szczęście znaleźli się rodacy, którzy uratowali nas wymieniając nam złotówki na Euro. Z rozkładu jazdy dowiedzieliśmy się, że Elektriczka do Tatrzańskiej Łomnicy odjeżdża o godzinie 18.00, więc zdążyliśmy w ostatniej chwili, gdyż była 17.45. Czas przejazdu ze stacji Popradzkie Pleso do Tatrzańskiej Łomnicy trwa plus minus 40 minut. Mięliśmy zatem ok. 20 minut na odszukanie ostatniego autokaru do Polski w Tatrzańskiej Łomnicy. Uff ledwo ledwo, ale jakimś cudem znowu się udało😊. Po godzinie byliśmy już w kraju, szczęśliwi ze zdobycia najwyższego szczytu Polski. Dobrze, że jestem przygotowany i wziąłem ze sobą mapę Tatry Słowackich powtarzam cały czas do żony, ale po drodze spotykamy kilku Polaków i dowiadujemy się, że słowacy nie przyjmują już naszych złotówek a my nie posiadamy ich waluty czyli euro. Zaczeliśmy się zastanawiać skąd weźmiemy euro by zapłacić za kolejkę lub busa by móc wrócić do Polski. Na szlaku pytaliśmy polaków czyby nam złotówek nie wymienili na euro, spotkani turyści raczej niechętnie chcą nam wymienić zł na euro dopiero udaje nam się spotkać swoich rodaków przy Popradzkim Plesie gdzie chętnie nam pomogli i rozmienili zł na Euro. Dowiadujemy się od nich że najlepiej jest podążać niebieskim szlakiem do Popradzkiego Plesa gdzie jest stacja tzw Elektriczki czyli po prostu mówiąc kolejki która jeździ wzdłuż Tatr i dojeżdża do Tatrzańskiej Łomnicy. Szybko schodzimy niebieskim szlakiem pomijając cmentarz ludzi gór znajdujący obok szlaku już nie zbaczamy z niego by go zobaczyć bo już jest godzina 16:30 docieramy na stacje kolejki około 17:45 spoglądamy na rozkład jazdy z którego dowiadujemy się, że kolejka będzie o godzinie 18 dojazd do Tatrzańskiej Łomnicy trawa około 40 minut będąc już w miasteczku dowiadujemy się o ostatnim autobusie do Polski który jest o godzinie 19:00 co za ulga, że zdążyliśmy na niego ledwo ledwo i że dzisiejszą noc spędzimy już w Polsce a nie na Słowacji o godzinie 20 docieramy do Poronina szczęśliwi ze zdobycia najwyższego szczytu Polski.







